Wystawa w Szczecinie

Przypomniałem sobie, że wczoraj byłem w Szczecinie na otwarciu nie tylko mojej wystawy, gdyż na szorstko węglem utrwaliłem ludzi z „mojej doliny”. Odbyli ze mną małą podróż, pobędą tam cały miesiąc i zabiorą ich z powrotem tam, gdzie czują się najlepiej. Jestem pewien, że nie przyjrzeli się sobie dostatecznie. W czasie otwarcia wystawy trzeba się pokazać, „wygłosić mowy”, poflirtować przy lampce winka i przy okazji zaprezentować siebie, a gdzie oglądanie-rozmowa z obrazkami. Z młodym człowiekiem imieniem Piotrek obaliłem jeszcze dwa winka przegryzając „wystawowymi” ciastkami i pojechaliśmy TAXI na dworzec. On w kierunku Wolina, ja do Berlina. Pociąg czekał już na mnie, poczułem ulgę, chciałem być sam. Obok mnie usiadły dwie ładne dziewczyny-kobiety. Poczułem ciepło spod kiecek, odprężyłem się. Jechały do pracy, sprzątały po domach niemieckich / to już drugie pokolenie/, ćwierkały między sobą o dzieciach, swoich partnerach, stwarzając aurę tego dziwnego spokoju, jaki pamiętam z dzieciństwa na wsi u babci,kiedy to pod wieczór schodziły się kumy , aby pogwarzyć szemrając o dniu, który prawie już przeminął. Rozchodząc się życzyły sobie dobrego jutra ze słowami „szczęść Boże”. Byłem już przez babcię przy studni obmyty i z zamkniętymi, znużonymi trudem dziennym oczami usypiałem w zapachu jaśminu przy otwartych oknach.
Byłem taki szczęśliwy, jak już nigdy później.

” Początek wiosny”

   W „dolince” rozpoczął się sezon. Jeszcze trawa nie okrzepła w zieloności z braku wody /suchy rok/, a już miażdżona twardymi kitniakami dziewcząt i prężnymi tułowiami młodych „wojowników” i tą wszechpotężną wolą rozmnażania, która ich tu zwołuje łącząc w grupy czym bliżej /w pary/. W ciasnych, zamkniętych studniach kamienic i małych nieumeblowanych całkiem swoich mieszkankach, aby wydawać rozkoszy dźwięki przez otwarte okna. Dolina każdego dnia inną jest. Słońce włącza się, ma dosyć naprężenia, jak na tę porę roku przystało. Zwabia chmurki deszczowe – już dawno nie padało. Chcąc się przypodobać pewnie swoim fanom i ma rację. Wielu zbiera się do domu, to dla nich wychyla się jeszcze raz zza chmur, lubią się nawzajem. Przestałem rysować, zaintrygowała mnie rywalizacja wśród zbieraczy butelek po piwie, jest ich coraz więcej. Handlarzy narkotyków zaś mniej, musiała przd południem odwiedzić ich policja. Drżącym dźwiękiem dzwony dzwonią, te z dzieciństwa wydawały mi się mocniejsze. Doleciał do mnie ludzki zapach/smród. Ławkę dalej spała na niej młoda, ruda, ładna dziewczyna, oparta głową o podróżny plecak. Miała podrapaną twarz, zahaczyła pewnie o wymiar jej nieznany. W oczach moich natychmiast pojawiły się Hana i Lili, moje malutkie wnuczki, czy będę mógł pomóc im , gdy przez nieuwagę „łódką” ich zaczną targać wiatry i spychać w nieznane przestrzenie. O ile będę żyć, będę już wtedy starcem. Zapachy wiosny dochodzą do mnie wraz ze śpiewem – wabieniem ptaków/samców, a wszystko to o chwilę rozkoszy – poczęcia nowego życia. W szleństwie tym tylko kobiety podświadomie czują, że muszą samca wybierać. Koło ławki przebudzonej dziewczyny zatrzymał się, obserwując jej ruchy „podwędzany”, równo przyczesany „palant”. Pił piwo z butelki a łapczywość /lubieżność biologiczna/wyzierała z jego gęby o dobrym, ludzkim spojrzeniu. Znów biją dzwony, ale po co, i tak nie zwabią nowych wiernych.

   Jadę pomału do domu na przygotowany wczoraj rosół. Będzie taki, jaki w dzieciństwie w moim kraju.

Niepewny „tatuś”

Siedzę sobie na ławce w „dolinie”. Zrobiłem dwa rysunki. W domu dokończę grafikę, która mi się udała, złapałem powera.

Zza ławki, na której siedzę dochodzą do mnie słowa „komedii” na trzy osoby – ona, jej synek i murzynek. „Jestem Twoim tatą”, rzecze przekonując jej białego synka, który za bardzo w to nie wierzy i odpowiada za każdym razem nein. Murzynek jest wytrwały i przekonuje dalej, ale malec jest uparty. Zaś mamusia nie reaguje wcale. Na twarzy jej widnieje szczęście spełnienia, którego reszta jest tak mało ważna dla niej. Biologicznie spełniona, bo urodziła dziecko, a na dzisiaj, bo ma faceta w łóżku. Wszystko jej pasi. Jutro dostanie z kasy miejskiej pieniążki na trzy osoby, gdyż „tatuś” został u niej już zameldowany. Nie będzie sama w nocy, a synek będzie miał tatusia – myśli tajemnicy pełen uśmiech Mona Lisy rozjaśniający jej twarz. Przestałem rysować, wyjąłem kajet i pisać zacząłem. Słońce jest bogiem dla samotnych panów po sześćdziesiątce, a dla niektórych i wcześniej.

Przede mną dwa młode pieski ze szczęścia wariują na jeszcze nie zielonej trawie. Spotkanie to i jego skutki przeżywać będą w swoim błogim psim śnie.

TRADYCJE

Czym jest według Ciebie tradycja?

Do refleksji na ten temat skłoniło mnie pytanie postawione, przed świętami Bożego Narodzenia, przez moją dorosłą córkę.

Dla mnie jest to pewnego rodzaju odpowiedzialność, za przekazanie nowym pokoleniom, wiedzy nabytej przeze mnie. To utożsamianie się z kręgiem rodziny, środowiskiem, w którym wzrastałem wśród ponadczasowych, nieprzemijających wartości, przekazywanych przez rodziców i dziadków. Ujmuję je w kontekście przemijającego czasu, jako pozostające w zgodzie z charakterystycznymi potrzebami danej społeczności, w celu budowania osobowości jednostki. Jest obroną przed gwałtem indoktrynacji i budzi się w chwili zagrożenia, chroniąc przed upodleniem życia, które jest równoznaczne z samozagładą i unicestwieniem.

Nie wiem, czy ten wywód jest dla młodych ludzi czytelnym przekazem. Ja tak to czuję.

Stasia

Szybko upłynął czas w moim rodzinnym mieście Tomaszowie Mazowieckim. Nie żałuję faktu pozbycia się domu i ziemi w Brzustowie. To nie miało być miejsce, którego eksploatacja przynosi zyski, lecz radość współżycia z otaczającą go urokliwą naturą. Ludzie potrafią z raju uczynić piekło, a na końcu i sobie „Umierając w cierpieniach złorzecząc swoim bogom”.

W mieszkaniu opustoszałym po śmierci moich rodziców, przy Akacjowej, czuję się najlepiej. Gdy zapada noc, pojawiają się cienie na suficie i ścianach wskrzeszone światłem pobliskiej latarni, która tylko dla mnie świeci, tylko w moje okno. I tylko dla mnie kreśli, układając w zmieniające się obrazy, biało-czarne instalacje, ożywia je natychmiast i nadaje im oddzielne życie. Uśmiecham się w tę stronę, w której dostrzegam moją mamę Stasię i wtedy możemy sobie pogawędzić. Siedząc na ulubionym, prostym, drewnianym taborecie, Ona także uśmiecha się do mnie obierając ziemniaki. Nie musimy używać dźwięków, cienie dyrygowane ruchem światła latarni, snują swoją opowieść o nas, wiedzą wszystko i wszędzie z nami były. Troszkę dodają od siebie, a może czując, że to prawda, nie chcą zastanawiać się nad tym.

Ciepło mojej mamy powoli obezwładnia mnie, głowa sama opadając bezpiecznie na rozłożone bezwładnie ramiona osiąga poziom stołu.

Goerli

Dolina jest dziś inna , zresztą, jak każdego dnia. Dzisiaj o 20.00 opanowana przez młodych ludzi tętni rytmem Tam-tamów, kosmicznymi dźwiękami transcendentu i zapachem marihuany. Metalicznymi drganiami strun skręcającymi się wzajemnie w niewiadomym im i nikomu kierunku, to znów wracającym do pozycji, w której jeszcze nie były, łączą się nieskończonymi przestrzeniami z głuchym łoskotem, stalowym pomrukiem szyn , których nieograniczone wielkości przy ogarnięciu ich napawa obłędem. Jednak dzieci Goerlitzer Park są młodzi i teorię strun mają w dupie i tylko ona ich kręci o tej porze dnia, jak ich całą przestrzeń ich otaczającą , zwaną naturą. Odnawiające się ciągle kontuzje zatrzymują mnie w domu. Odwiedzając dolinę , zauważam, że niby nic nie zmieniło się w ciągu miesiąca, szczególnie w wymiarze kosmicznym” wielkiego wybuchu” a jednak odczuwam tę tak drobną „zmianę” w zegarze czasu ustawionym tylko dla mnie . Komu będzie nastawiony ponownie, gdy się u mnie zatrzyma? Są różne teorie próbujące oswoić śmierć pogodziłem się z tym, że żadna trumna , jak i żaden impregnat nie ustrzegą mnie przed „żarłocznością” grabarzy, przerabiających nasze resztki do podstawowych składników atomu, które to na powrót łącząc się ze sobą inicjują powstawanie nowego życia.

Proces prokreacji i związane z nim przekazywanie genów jest sensem naszego życia doświadczany radością-szczęściem tuląc nasze potomstwo.

Wspomnienie

Gdy niemoc dłoń zwiesi

I kredka podłogi sięga,

Sen brat pamięci wrota uchyla,

Wspomnieniami nęci,

Zapachem dziewcząt z klasy

I pierwszym winem na trawie,

Zwycięską bójką kręci.

Czyń dobrze, jeśli możesz

Nie uwłaczaj pamięci…

 

Wczoraj wieczorem spadł deszcz, właściwie burza w towarzystwie grzmotów i nagłych porywów wiatru, łamiących stare, niepotrzebne już gałęzie, rzucając na auta i pod koła roweru, na którym w pośpiechu wracałem do domu. Przednie koło nieubłaganie miękło, traciło właściwą mu sprężystość. Stopniowo, powoli zacząłem uczestniczyć w odwiecznym spektaklu twórczych narodzin energii/zderzenia/ , znalazłem się przed domem.

Otworzyłem podniecony drzwi od strony ulicy. Chłód mieszkania powoli wchłonął zewnętrzny niepokój aż do przeraźliwej pustki – braku Alka , mojego syna/ spędzał drugą noc u kolegi ze szkoły/.Tej nocy wyjątkowo nie mogłem zasnąć.

SPREEWALDE

Miłość opóźnia lot w nieznane,
Gdyż mocy jej czas się nie ima….

Wykupiono mi bilet, zacząłem Wielką Podróż i zanim się spostrzegłem/ po stemplu Wielkiego Kontrolera/, że już 60 lat unoszę się w mojej „szklanej banieczce”, moim pojeździe kosmicznym w kierunku mi nieznanym. Po drodze dosiadają i wysiadają moi najbliżsi i szczęście masz, jeśli Dziadków swych dotknąłeś, którzy długo już w podróży byli i mogli zdążyć dać radość istnienia. Kochając żyjesz radośnie, tuląc każdą sekundę swej Wielkiej Podróży.
Nic, oprócz wiary w miłość, dobroć nie chroni nas przed samounicestwieniem. Z marzeniami o Niej żyjemy dzień po dniu – puchnąc lub zastygając, zasuszamy się.
Odwieczny szum morza, to pieśń pieszczonej kobiety. My gawędziarze/wojownicy o niczym tak nie marzymy i chyba tylko dla dźwięków tych żyjemy. I wtedy ze złotej piramidy-trapezu, kumulacji szczęścia sięgając, słyszycie- do siebie przytuleni- szmer wód, szum drzew, daleki łoskot wodospadów i rozprażonych słońcem ciał, zefirem łagodnie chłodzonych.
Czy zabiorą nam Miłość? – przynajmniej będą próbować i dopiero wtedy będziemy mądrzejsi. Musimy ją ukryć, jak Arkę, żeby móc wierzyć w Miłość i Przebaczenie.

Pamięć

Gdy pamięci wspomnienia odbierzesz,

Tożsamość po kątach się chowa,

A brzęk monet i szelest pieniądza,

Jak cudowną pieśń chłoniesz.

Na dzisiaj żyjesz i tylko na jutro.

04.12r.

Już nie chcę dzisiaj rysować. Znalazłem w torbie/plecaku stary dziennik i obgryziony długopis,

coraz mocniej wspomnienia, jak słodki ciężar spływać ze mnie zaczęły ,

stawałem się coraz lżejszy, prawie bezwładny./ Spreewalde/ Dolina mojego rewiru ,

zachodzącym słońcem wyostrzała kontury bezwładnych ciał swoich dzieci – ćpunów,

leniwie porozciąganych obok dzieciarni, psów, które widzą i wiedzą wszystko.

Z dala wdarły się w ciszę surmy germanów / Niemcy strzelili Grekom kolejną bramkę/.

I znów cisza ogarnęła Dolinę, poderwał się wiatr, pełen wieczornych, niespokojnych szmerów. Wyciszył się, spoił z dymową mgiełką Doliny, słońce chowało się ospale za wieżę kościoła daleką.

Zakładam plecak, wsiadam na rower, czas na mnie.

Trzy Mosty / Po-Mosty

Wracając ze sklepu „wpadłem w kanał”. Jakaś magiczna siła wciąga mnie w miejsce, gdzie zaciskają wiążąc, okrywają go jak szale, trzy mosty mroczne, tworząc ciemne, przepastne tunele. W ruinę obrócone w ostatnich dniach wojny, łączą dwie dzielnice Kreuzberg i północny Neukoeln, przy słonecznej pogodzie, zaległe przez wygrzewające się ciała młodych ludzi.
Freitag – Wniebowstąpienie
Jest zimno i wiatr nawiewa deszczowe chmury, lecz pramatka Natura, nie poddaje się. Co rusz wysyła wiatry, które odsłaniają słońce, tak cenne dla swoich żyjątek. Potrzebują je do życia, które budzi się za jego pomocą w tej chwili. Tylko zmian w czeluściach mostu nie widać żadnych. Nawet ciepło rozprażonych słońcem ciał młodych ludzi, zalegających most, nie przenika doń w żadnym stopniu. Są jak ludzie po mocnym zawale, przeżyły go w ostatnich dniach wojny, wysadzone- rozerwane wpół przez swoich w strachu przed rozpoczynającą się ofensywą armii Koniewa. Odbudowane po wojnie łączą półn. Neukoeln z Kreuzbergiem. Są to dwie bardzo ludne, multi-kulti, Wilmesdorfowi i Dahlem alternatywne dzielnice, gdzie życie i w nocy wre.
Tam, gdzie niedawno maszerowały brunatne koszule pod hitlerowskimi sztandarami, wybijając rytm swymi podkutymi butami, dziś w słoneczne dni przenika radość życia, emanująca z ciał młodych ludzi zalegających most w słoneczne dni.

 
Wracając myślami w przeszłość, przypominam sobie budowę mostu na Pilicy w tomaszowskiej Brzustówce / w tym samym miejscu, gdzie stoi obecnie/.Przerzucono najpierw most pontonowy dla ludzi z Utraty, Ludwikowa i Białobrzegów, pracujących w Tomaszowie. Niezapomniane przeżycie dla małego chłopca, przyglądającego się sprawnej akcji saperów. Widząc podziw w moich oczach i wielogodzinne gapienie się na nich, raz zostałem obdarowany prawdziwym wojskowym sucharem, smak którego pamiętam do dziś. Lecz równolegle pojawia się smutne wspomnienie, gdyż ludzie masowo kradli materiały budowlane, składowane na brzegach Pilicy. Wojsko musiało dzień i noc wystawiać warty a i tak deski spływały cicho brzegiem rzeki, gdzie pod osłoną nocy były wyławiane.

Początek końca?

Jest godz. 9.00, a ja już w „Goerli”. Jest prawie bezludnie i tylko wrony wyciągają z koszy resztki pozostawionego przez ludzi żarcia, rozwalając wkoło po trawie. Siadam. Zajechało mocno zapachem kupy z krzaków, odchody ludzkie strasznie śmierdzą.

Po drodze młoda Afrykanka z fest okaleczoną nogą, próbowała podnieść się z ziemi. Cygańska rodzina koczowała na trawie w krzakach okalających siatkę boiska, głośno porozumiewając się po polsku. Grupa policjantów spacerowała wesoło gwarząc, pewnie natkną się na siebie. Gdzieś w oddali rozleniwione spóźnionym snem ciało młodego człowieka na ławce. Pierwszy łyk piwa chłodzi spękane wargi nocnych wojowników, wyznawców wódki „Korn”. Z krzaków wyłonił się młody szczurek, popatrzył na mnie, usiadł na tylnych łapkach.

Z głębokich zarośli obłąkane okrzyki czarnego człowieka. Nie doszedł jeszcze do siebie po wieczornej obławie policyjnej. Młody człowiek o rudych włosach zapytał mnie, czy nie widziałem czerwonej saszetki, którą skradziono mu wczoraj. Łudził się, że złodziej porzucił choć dokumenty.

W słońcu jest już prawie 30 stopni. Wrony przeniosły się na drzewa a wybebeszone kosze i rozrzucone dookoła śmieci, świadczą o zakończonym posiłku. Wśród drzew i krzewów widać białe punkciki oczu handlarzy „marihuany”. Żadnych białych ludzi wokół. Dolina kurczy się spalonym, śmierdzącym olejem z grilli „Longobardów” z Anatolii. Ich dzieci wrzaskiem wypierają zapach marihuany autochtonów. Czyżby, to początek końca starej Europy, jak wieszczą defetyści?

Festiwal Filmowy

Zakończył się festiwal filmowy Berlinale, miłym dla nas Polaków akcentem, docenieniem filmu Agnieszki Holland. Jeśli o filmie myślę, jako wiernym obrazie w sensie prawdy życia, nie jest ono w tym kraju domeną sukcesów. Fassbinder/ Kiefer, malarz spalonej ziemi/, przeczuwają zło, fatum które nadejdzie. Literatura ukrycia , wycofania się z udziału i odpowiedzialności. Oskar w „Blaszanym bębenku” Guntera Grassa , zostaje wiecznym chłopcem. W wielkim kryzysie następuje zdumiewające połączenie moralności z liryzmem. Dążenie za uczuciem, jako marzenie idealne, romantycy , poeci tęsknotą do ideału, połączoną z przekonaniem o potwornej rzeczywistości, w której należy być bezwzględnym, by dojść do finalnej wzniosłości, jako swoistego rodzaju katarsis. Sztuka twórcza wyrasta z przeżycia narodowego, gdzie jednostka wycofuje się z odpowiedzialności na rzecz zbiorowej. Według Herzoga z przyrodą nie łączy nas nic, jesteśmy wyrzutkami wykluczonymi z procesu tworzenia świata. Moralność owadzia, mrowiska, wszyscy tak żyją , bo takie są czasy, mordu, ludobójstwa itd. Uważają, że to normalne. Dla mnie pozostaje to niezrozumiałe i nielogiczne. Thomas Mann uważa, że sztuka w Niemczech była zawsze przeciwko społeczeństwu, inaczej niż we Francji, Grecji i Polsce. Brecht natomiast sądzi, że człowiek nie jest zwierzęciem z gruntu złym, to okoliczności determinują jego zachowania. Marcel Reich – Ranicki, kronikarz getta warszawskiego, po wojnie zdobył uznanie inteligencji niemieckiej, stał się największym autorytetem już w czasach Willi Brandta i okrzyknięty został papieżem krytyki literackiej. Do tej pozycji pretendował Gunter Grass, jednak nigdy nie sięgnął po tak wysokie miano, za sprawą nieujawnienia epizodu z wczesnej młodości /członkostwo w oddziałach SS /.
Świat filmu polskiego i niemieckiego, podążają różnymi ścieżkami i nie zawsze spotykają się w zbieżnym punkcie.

W dolinie ludzi szczęśliwych

Jest niedziela. Siedzę na ławce w „dolinie ludzi szczęśliwych” myśląc o postępującej pauperyzacji społeczeństwa. 80% biedy i 20% kumulujących tzw. kapitał. Na ulicach i w metrze, pokolenie XXI wieku zamula się. Obojętnie na porę czasu – zero adrenaliny. O byt walczyć nie muszą, odreagować gorzałą też nie ma czeg. Lucyper-konsum, jest słodki urodą i zapachem dziewcząt i chłopców, smakiem hajowych napitków, ciuchów markowych. Trudniejsze życie – mocniejsze trunki.

W sobotę wieczór dzieją się po kątach w parku jakieś małe dramaty. Ledwie wyciągnąłem kajet, a już widzę przede mną porozrzucane wokoło narzędzia wspomagania damskiej urody. Szminki, pudry, kremy, tusze. Przed ławką dwie butelki wina stoją puste obok siebie, jak sprawcy jakiegoś zdarzenia. Tuląc się do siebie, mówią mi, że chciały inaczej, że są niewinne. W tej samej chwili wyłania się z pobliskich krzaków dwoje narkomanów. Mówią po polsku. Brudni, młodzi i szczęśliwi, że los taki łaskawy dla nich. On pomaga jej i w ten sposób czuje, że jest facetem. Na mnie nie zwracają uwagi. Dla nich nie mnie nie tutaj. Znikają w krzakach podobnie, jak się z nich wyłonili. Słońce za most zachodzi. Napiszę jeszcze parę słów o rozmowie z inteligentem z Hesji, który przysiadłszy się do mnie, skutecznie rozproszył skupenie przy rysowaniu. Przerzucaliśmy tematy, jak dwaj zapaśnicy: Heimat, integracja, nacjonalizm. Szybkość zachodzących zjawisk szokuje niemiecką inteligencję, niepewne słowa o bogu ojcu, gdy Kościół śpi, przybrawszy urzędowe szaty. Najważniejsze, dla tej instytucji są kwestie materialne, prestiżowe oraz obecność w życiu politycznym na prawach uważnie słuchanego autorytetu. Nie tylko w szczęśliwej dolinie.

Nacjonaliści o słowiańskich korzeniach

Goerlitzer Park. Jest południe, ciepło, słoneczko „ zerka” od czasu do czasu. Coraz więcej białych ludzi spaceruje – mają jutro wolny dzień, czyli Zjednoczenie Niemiec. Niektórzy zwą go obaleniem muru. W pełni nie jest dniem radości, lecz zadumy. Rząd NRF wykorzystał moment słabości imperium i odkupił DDR. Suma transakcji do dziś nie jest znana. Podział na Wessi i Ossi pozostał nadal a uprzedzenia okazały się trwalsze od muru.

Tereny od Odry do Łaby wyludniają się pomału. Nie pomogły inwestycje w infrastrukturę i otwarcie się banków. Oczekiwano ożywienia kulturalnego i gospodarczego, przygotowano wszystko, zapomniano „tylko” o genetycznej, trzypokoleniowej utracie woli działania i pozbawieniem przez zarządzanie totalitarnego systemu.

Na pustoszejące tereny po drugiej stronie Odry, wprowadzają się Słowianie. Lokalne władze są przychylne. Opór stawiają młodzi nacjonaliści z NPD, bez wykształcenia, leniwi, z tych też powodów nie emigrują w poszukiwaniu pracy, na którą nie mają szans. Nieświadomi swych genów słowiańskich odziedziczonych po przodkach (dokładnie 1000 lat temu zaczął się proces germanizacji tych terenów), szybko, chętnie i skutecznie ulegają indokrynacji. Brak osobowości i odpowiedzialność grupowa, dają im poczucie siły, bezkarności w spełnianiu misji pokoleniowej „swego” narodu. Dla rządzących, spełniają rolę wentyla społecznych nastrojów, który momentami wymyka się spod kontroli. Bundestag głosami 1:3 nie zabronił działalności NPD w myśl nacjonalistycznych prohitlerowskich haseł.

Wielkanocne rozmyślania

Miłosierdzie Berlin 2016

Poniedziałek, jako drugi dzień Świąt Wielkiej Nocy, podobnie, jak pierwszy, pokazał, co potrafi – słońce cały dzień i delikatny wiosenny wiaterek mierzyły ludzkie tłumy, tak bardzo oczekiwane były.

Nie ma deelerów w mojej dolinie, czyżby policja była przede mną? Jeżeli tak, to ominęło mnie ciekawe widowisko.
Powiał wiatr. Nagle powietrzny cug przeniósł mnie w inny wymiar. Próbuję sobie wyobrazić, jak zmienił przemijający czas, przestrzeń wokół Jeziora Galilejskiego w okolicy Nazaret, kiedy nauczał Chrystus, głosząc prawdy, na które czekano, aby je określić ich wyobrażeniami i odziać w słowa dla nich zrozumiałe. Czy potrafiłby teraz znaleźć słowa tak uniwersalne, które przeniósłszy tłumy w przestrzeń, gdzie będą zrozumiane i właściwie przetworzone, tak, aby Zły nie miał do nich dojścia i czasu na zainfekowanie. Przestrzeń, którą otworzył Chrystus przed ponad dwoma tysiącami lat dla swoich rybaków z Nazaret, nie jest już tak przezroczysta. Ożywcze wiatry, które niosły sens życia dla maluczkich, ucichły, docierając do pałaców „apostołów”, twierdz, do których ci ostatni dostępu nie mają.
Chrystus nauczał w języku aramejskim/ z którego ukształtował się język hebrajski/, mowie biedaków, ludzi bardzo prostych. Prawo rzymskie, jako zwierzchnie, niezrozumiałe dla ludu, nie spełniało roli regulującej zasady współżycia, tak ważne w życiu codziennym.
Współcześni pasterze pamiętają o swoim stadzie, a jakże by inaczej! Przez przyćmione, uchylone na ten moment szyby swych pojazdów, błogosławią pulchnymi dłońmi, pełnymi drogocennych pierścieni, swój lud, swoje stado. Wpuszczają między nich „swoich” z talerzami na pieniądze, które to przesypywane są do worków, przymocowanych do pasków, podtrzymujących spodnie a zasłoniętych pochodną sutanny/podpatrzyłem to za młodu/. Ruchy w pełni zautomatyzowane, świadczące o zasadności i powadze owej ceremonii, jakby dającej świadectwo obecności pasterza i jego nieustającej trosce o losy stada.
Wyczaił to Zły, do świątyni konsumu każdy ma dostęp i mile widziany jest; zostawi grosz, nie wraca do domu z niczym.

Wiosennie

Niecka doliny Goerlitzer Park pełna kolorowych dziewczęcych koszul, buchała energią grających, w co się da, młodych mężczyzn. Szczęśliwe dzieciaki traciły wymiar rzeczywisty. Młodzi afrykańscy dealerzy demonstrowali swą radość z rozpoczęcia sezonu szybką jazdą na rowerach i głośną muzyką, z nieskrywanym szczęściem na swych ciemnych twarzach. Piątkowe popołudnie, to zapowiedź wolnej soboty i niedzieli, można nie tylko pomarzyć. Wiedzą o tym już przedszkolaki, mając rodziców całe dwa dni tylko dla siebie. Ten idylliczny obraz doliny w ciągu dnia, zakłóciła krótka wiadomość z radia, o zamordowanej Polce, która zaprosiła na noc, po bardzo krótkiej znajomości swojego, jak się później okazało, oprawcę. . Licho nie śpi – mawiali kiedyś starsi ludzie – a czai się na każdym kroku.Ulica, przy której mieszkała ofiara, przylega do Goerlitzer Park. Tam, gdzie szukała szczęścia, znalazła śmierć.
Podziemne rzeki wielkich miast nie wysychają nigdy a mroczny ich nurt, ciągnie, kalecząc okrutnie, po nierównym dnie swe ofiary, zasysając po drodze nowe, mamiąc je tajemnicami głębi swych, z których tylko nielicznym udaje się wydostać, lecz wysłuchać ich nie chce, lub nie potrafi prawie nikt.
Jadąc kiedyś rowerem w swój rewir, widziałem wyławiane z kanału pod mostem wapnisto-białe, umęczone ciało nagiej dziewczyny. Zatrzymałem się, lecz żaden inny dźwięk, prócz szemranej grypsem wody kanału, nie doszedł do mnie. Wtedy zadumany pojechałem dalej. Jakie szanse ma młoda dziewczyna z popegeerowskiej wsi zza Odry, zwabiona do wielkiego miasta, którego oferty nęcą łatwymi i szybkimi pieniędzmi a może i miłością?
50 km od Odry ciągnie się strefa przygraniczna, którą za Sienkiewiczem, nazywam „dzikimi polami”. Za poprzedniego ustroju, strefa, w której nie planowano niczego i w nic nie inwestowano, miała być miejscem koncentracji wojsk Układu Warszawskiego w uderzeniu na Europę. Odcinek autostrady Świecko – Rzepin, miał pełnić funkcję pasa startowego dla samolotów. Imperium rozpadło się. Problem ludzi zasiedlanych siłą na tych terenach, stał się dla nich osobistą katastrofą. Przecież to nie nasze domy i ziemia, którą przyszło nam uprawiać – mówili – oby się wyżywić i upić ze smutku za utraconym rajem, za ziemią ojców nad Bugiem i Niemnem. Nie przykładali się więc do pracy na cudzej roli i nie budowali nowych domów. Byli właściciele zza Odry, odwiedzając miejsca swojego dzieciństwa, zostawiali im czasem parę groszy za „dozorowanie”, potęgując już istniejący problem i obawę przed ich powrotem. Likwidacja PGR-ów i rozkradanie własności państwowej w świetle prawa pozbawiało z dnia na dzień możliwości zarobkowania na tych terenach. Atawistycznie wręcz nieufni Sowietom, nie mając pokoleniowych urazów antyniemieckich, pomimo trudności paszportowych i językowych z przeciwnej strony, zaczęli wypełniać nisze, powstające z niedoboru siły roboczej. Mężczyźni odnajdowali się w budownictwie a kobiety, jako pomoc domowa i co gorsza w szerzącej się szczególnie w latach 80- i 90-tych prostytucji.
Przycichły ziomkostwa, agresywna polityka Eriki Steinbach, nie przebija się już na pierwsze strony gazet, wymiera pokolenie traumatycznie związane z miejscem urodzenia / Vaterlandem/. Trzecie, czwarte pokolenie repatriantów mozolnie zagospodarowuje tereny na wschód od Odry – przestali się już bać. Czy słusznie, czy nie historia zdecyduje.

Kartka z podróży

15 marca przyjechaliśmy nocą do Monachium. Jadąc ulicami centrum miasta można było zauważyć inną atmosferę , niż w stolicy Niemiec. Nie dostrzegłem nerwowości w zachowaniu mieszkańców miasta, samochody poruszały się wolniej, stare dostojne budowle doskonale wtapiały się w atmosferę tego bogatego bawarskiego miasta. Nawet ludzie poruszali się bardziej dostojnie. Berlin o tej porze jest bardziej dynamicznym, tętniącym życiem organizmem. W Monachium podczas otwarcia wystawy rozmawiałem z jej uczestnikami również o sytuacji w Polsce, w odniesieniu do ostatnich wydarzeń. Opinie ludzi zamieszkałych w tych dwóch miastach- Niemców i Polaków, są pełne niepokoju, sposób myślenia jest podobny. Obawy o los Europejczyków, jakimi w pełni zdążyliśmy się już poczuć, napawa coraz większym niepokojem , rodzi frustracje, lęk o tych członków rodzin, którym przyszło żyć w kraju nad Wisłą i na co dzień stykają się z problemami, o których Polonia dowiaduje się jedynie z mediów. A jest o co się troszczyć, gdyż jesteśmy mocno związani ekonomicznie, jako jeden z wagonów niemieckiego pociągu, zmierzającego ku wspólnym interesom. Wszyscy pamiętamy o II wojnie światowej, lecz sytuacja polityczna wymaga od nas wyboru, zwłaszcza, że także Niemcom zawdzięczamy nasze członkostwo w Unii Europejskiej. Europa, która ma przed sobą najtrudniejszy okres, nie znalazła oparcia w sprawdzonym sojuszniku, który zaczął przysparzać coraz to większych problemów, w najmniej oczekiwanym momencie / Brexit, Turcja z Erdoganem/.Dziwi naszych zachodnich sąsiadów wewnętrzny narastający konflikt i coraz mocniejszy podział społeczeństwa polskiego. Mocno niepokoi także wzrost przestępczości przygranicznych gangów, z którymi policja nie radzi sobie. Stereotyp Polaka mocno zakorzeniony w świadomości niemieckiej poprzez propagandę od czasów Bismarca do Hitlera budzi się znów, pomimo wielu zabiegów i starania Polonii z wczesnej emigracji, jak i młodzieży studiującej i pracujących w Niemczech Polaków.

Aleppo

Narodziny w Aleppo, Berlin 2016

12.12.2016 r.
Dogorywa Aleppo w gruzach zaległe. Zdjęcia przypominają Warszawę pod koniec powstania, w jedno rumowisko zamienioną, gdzie w dolnych „warstwach”,
głębokich piwnicach wśród rozkładających się ludzkich ciał trwa życie,
rodzą się dzieci. Asad, dziecko Moskwy, nie pozwala na zawieszenie ludobójstwa,nawet, na potrzeby Czerwonego Krzyża, aby zaopatrzyć tzw. szpitale i zabrać ciężko rannych rodaków.

Pamięcią wracam do roku 2013 r. Zapisałem wówczas w dzienniku:
29.08.2013 r.
Nie mogę się wyluzować. Ostatnie dni sierpnia są tak piękne, że aż chce się żyć. Kobiety kołysząc biodrami wnoszą niepokój, rozwiewając harmonię ducha, tak pieczołowicie nastrajaną z początkiem każdego dnia, jak i w tym zwanym sobotą. W Syrii tyran Assad morduje swój naród rosyjską bronią chemiczną. Ameryka, Francja i Anglia „ reagują” tylko, przyzwalając na ludobójstwo, prawie pod swoim dachem. Przypomniały mi się słowa Putina, reagującego na zapowiadane sankcje gospodarcze w konflikcie ukraińskim – „urządzę wam taką jatkę na Bliskim Wschodzie, po której nie pozbieracie się długo.”
Anglia ogłasza plebiscyt narodowy, który wynikiem kontrowersyjnym, minimalnym zmienia nagle front/ wycofuje się/ w konflikcie ukraińskim. Natychmiast pojawia się pytanie : po co rząd, który parlamentarnie otrzymał narzędzia decyzyjne w wypadku tego rodzaju konfliktu, zaś NATO /Erasmus?/ wypowiedział się wręcz jasno – Nie. Rosja zaś mając prawie wolną rękę, wysyła statki wojenne w rejon Morza Śródziemnego. Gdzie moralność/ współczucie dla bezbronnego narodu? Za to Niemcy mają stabilny układ cen za gaz, wiec milczą.
30-10-2013
Wróciłem późnym wieczorem, słucham wiadomości z radia, że wyłowiono 300 ciał uciekinierów z Afryki u wybrzeży Lampeduzy. Zjechali się „ bonzowie” z Europy z Barroso na czele/ ten człowiek- Portugalczyk nie zna historii barbarzyńskich, ludobójczych czynów portugalskich żeglarzy i ich władców/królów, którzy rabując i mordując utopili we krwi miasta wybrzeży Zachodniej Afryki, niszcząc doszczętnie ich kulturę i cywilizację w XV/XVI wieku. Obradowali długo i szybko uradzili, że będzie więcej pieniędzy dla staży morskiej i lądowej. Zbyli problem, który już niedługo może być katastrofalny w skutkach dla Europy. Tym bardziej, że exodus z Syrii, co zapowiedział Putin, zaczął się. To, co wydarzyło się w ciągu tych paru miesięcy jest tylko preludium do wielkiej historii. Możni tego świata / władze, media/ nie widza tego jeszcze. Przez szyby rządowych, szybko przesuwających się aut, rzeczywistość jawi się inaczej.

Dzisiaj, 3 marca 2017 r. doszła mnie wiadomość o kolejnych ofiarach, po użyciu gazu bojowego – sarinu. Wśród ofiar są również dzieci. Świat patrzy na tę tragedię i przymyka oczy. Jak zakończyć trwającą od 6 lat zbrodnię. Czy długo jeszcze, na oczach całego cywilizowanego świata, trwać będzie ludobójstwo, które obwinia nas wszystkich, gdyż dzieje się tak niedaleko.

Przystanek Berlin

Znalazłem się przed czasem na Ost-Bhanhof i czekam na rodzinę. Jedziemy do Wuppertalu, żeby tam razem z synem spędzić Święta. Już dawno, bardzo dawno nie wstawałem o 3 w nocy i nie wiem, jak zniosę tę podróż. Budziło się życie na dworcu, pomału zapalały się światła, w miejscach, gdzie można wypić kawę zabuczały uruchamiane automaty. Zaskrzypiały wózki dostawców świeżego pieczywa, mijające się z pojedynczymi kobietami taszczącymi wiaderka czarne, gumowe, pełne środków czystości. Centrum informacyjne przed chwilą otwarte przez nienagannie umundurowanego i zaspanego jeszcze młodego mężczyzny, rozjaśniało nagle poszczególnymi stanowiskami pracy, które już za chwilę nie będą puste. Na ławkach poruszać zaczęły się kokony zwiniętych i opatulonych szczelnie przed nocnym zimnem żyjących istot bożych, jak ja, mówiących po polsku.Za chwilę witać będą kolejny podarowany nam dzień. Ostry sygnał telefonu, to córunia, po drugiej stronie, z informacjami, na którym peronie zbieramy się. Moje myśli nadal koncentrują się wokół rodaków na peronie. Co drugi bezdomny w Berlinie jest Polakiem, informują niemieckie media. Jeszcze niedawno było ich 40 %… Na dworcach, pod mostami, w przejściach podziemnych żyje ok.2,5 tysiąca osób z Polski, większość z nich nie ma prawa do zasiłku socjalnego. W moim kraju ten temat jest obcy, nie mówi się o problemie. Robi się głośniej, gdy któryś z nich zostaje pobity lub podpalony w nieprzytomnym śnie bez kontroli. W śmierdzącym, zalanym moczem śpiworze, czasem upity „w sztok”, staje się łatwym łupem grup wyrostków różnej „maści”/ludzi z nich raczej nie będzie/ , czasami wyładowujących swoje patologiczne emocje. Ogólnie prowokują, załatwiając swoje fizjologiczne potrzeby przy pasażerach, drąc gęby, bluzgając bez umiaru. Nie wszyscy i nie zawsze. Jest też grupa odchodzących z tego świata powoli, w ciszy i zapomnieniu, jakby nie chcieli obarczać swoim jestestwem. Nie ma w nich buntu, ot jakie życie taki jego koniec. Latem zalegają w naturze i pustostanach, są „prawie” niewidoczni. Zimą szukają alkoholu i ciepła do przeżycia. Noclegownie nie zawsze przyjmują nietrzeźwych. Koło zamyka się a karetki pogotowia krążą bezustannie.

Przeczytałem w prasie polonijnej krótki wywiad z młodymi pracownikami socjalnymi, zajmującymi się głównie bezdomną młodzieżą. Przez spotkania na ulicy, częstując kawą i gorącymi posiłkami, zapraszają do punktu kontaktowego. Przychodzą tam prosto z ulicy, aby umyć się, wyprać swoje rzeczy, wypić kawę , pogwarzyć i posłuchać muzyki. Wspólna rozmowa, to początek współpracy- mówią młodzi pracownicy socjalni. Są to ludzie, którzy już w Polsce byli bezdomni. Przyjechali do Berlina, gdyż jest bardziej przyjazny. Nie są tak dyskryminowani, jak w kraju, gdyż noclegownie nie mają tak rygorystycznych warunków. Dla niektórych Berlin miał być tylko pierwszą stacją w drodze do Francji czy Hiszpanii a stał się ostateczną…. Decydując się na życie na ulicy, młodzi ludzie stwarzają sobie własne warunki przetrwania. Ich opowiadania są cały czas pełne radości i nadziei. Pojawia się- dla mnie- pytanie, czy powstał jakiś plan pomocy od strony rządu? Gdzie kościół ze słowami pełnymi miłosierdzia dla swoich owieczek? Jak musi cierpieć ten, co znaczenie temu słowu nadał, pouczając o radości z odnalezienia zagubionej owieczki a także o obowiązkach pasterza i stada wobec niej, zawartej już w słowie radość.